Darmowe liczniki
Kategorie: Wszystkie | Mężczyźni | Pamiętnik osobisty
RSS
poniedziałek, 27 grudnia 2010

   Dawno mnie tu nie było. Można powiedzieć, że moje obowiązki związane z pracą i nowo rozpoczętymi studiami pochłonęły mnie do reszty. Nie miałem zbytnio czasu żeby myśleć o tym co spotkało mnie parę miesięcy temu. Kłopoty zaczęły się jednak na początku grudnia.

   Zbliżały się moje okrągłe urodziny. Jak wiadomo każdy chciałby, żeby w jego urodziny nie zabrakło tej najważniejszej osoby, najbardziej bliskiej jego sercu. Cała reszta, prezenty, impreza są miłymi elementami urodzin, jednak brak kogoś, komu niegdyś ofiarowało się swoją miłość, jest w stanie odebrać człowiekowi całą radość świętowania. Tak było i w moim przypadku. Do końca łudziłem się nadzieją, że dostanę od mojej byłej chociaż jakieś krótkie życzenia, które potwierdziłyby fakt, że jednak byłem kimś ważnym w jej życiu. Nic z tego. Było mi koszmarnie smutno, nie potrafiłem zrozumieć dlaczego?

   Podobnie było ze Świętami Bożego Narodzenia. Do końca życia nie zapomnę chyba tej wigilii. Ból, który sprawiał, że zaraz zapadnę się w sobie był nie do opisania. Czułem się tak jak by ktoś wyrwał mi kawałek duszy. Tak bardzo chciałem spojrzeć jej w oczy i złożyć życzenia, tak bardzo chciałem usłyszeć jej głos. Przytulić się do niej. Wiem, że nie jest to dla mnie dobre. Tak jednak czułem. Spodziewałem się takich świąt, nie spodziewałem się jednak, że ból będzie tak duży. Siedziałem przy stole i z wymuszonym uśmiechem udawałem, że wszystko jest jak być powinno. Zastanawiałem się, gdzie są teraz jej myśli i czy choć przez chwilę były przy mnie?

   Następnego dnia w pierwszy dzień Bożego Narodzenia zrobiłem sobie spacer do parku, w naszej miejscowości jest tylko jeden park, to też z miejscami obok których przechodziłem wiążą się bardzo piękne wspomnienia. Przystanąłem przy jednej z ławeczek koło fontanny. Choć teraz była pusta i spowita śniegiem, ja mrużąc oczy, widziałem na niej dwójkę młodych ludzi. Siedzieli zwróceni ku sobie, tak bardzo szczęśliwi, że mają siebie nawzajem. Zieleń, która ich otaczała była jak ich rodząca się miłość, świeża a zarazem intensywna. Trzymali się za ręce, do dziś pamiętam jakie delikatne miała dłonie. Wtedy, w parku, gdy tak stałem i gapiłem się na tę ławkę przez chwilę znowu poczułem jak jej dłonie splatają się z moimi, serce oszukane na chwilę przez wyobraźnię zabiło mocniej, żeby już po chwili doznać szoku teraźniejszości. Ławka była pusta. Dookoła panowała głucha cisza a z nieba spadały płatki śniegu. Po moim policzku powoli spłynęła łza.